Modularna przyszłość motoryzacji

technologie motoryzacja 2013-11-30, 12:11,

Samochód to dosyć specyficzny produkt. Z jednej strony każdy chciałby by był najnowszy, najlepszy, najlepiej wyposażony, najbezpieczniejszy… dużo tego naj. Z drugiej powinien być jak najtańszy, zarobić na działy projektowe, marketingu, serwis, szkolenia, stacje obsługi, kooperantów i setki innych osób i podmiotów, które zaangażowane są w powstanie produktu.

Z punktu widzenia Kowalskiego powinien być też dosyć niezawodny, a jego okres eksploatacji nie powinien być krótszy niż 10 lat. Oczywiście jest to wbrew niektórym dilerom samochodowym, stacje obsługi pojazdów też nie zawsze są szczęśliwe, że nie mogą sprzedać nowego pojazdu, a użytkownik poczciwego 10-latka wybierze naprawę w nieautoryzowanym warsztacie. I poniekąd nie ma co mu się dziwić, bo jeśli dojdzie do kolizji to ubezpieczyciel policzy mu stan auta nie wg jego wartości użytkowej (sprawny, oryginalne części, w razie utraty trudno o identyczny zamiennik) tylko wg standardowych cen katalogów (np. Eurotax). Problem w tym, że kwoty te nie zawsze pozwalają na odtworzenie pojazdu. Jest to więc pozycja wysokiego ryzyka w domowym lub firmowym budżecie.

To teraz dołóżmy do tego trzy grosze z czysto technologicznego podwórka. Od kilku lat producenci lansują zaawansowane systemy multimedialne. Mamy zatem prototypy kamer noktowizyjnych (niektóre już w sprzedaży), ekrany dotykowe, dostęp do internetu, radio sieciowe, nawigację opartą o zdjęcia satelitarne, ekrany o coraz wyższych rozdzielczościach. Mamy też „niskobudżetowe” nawigacje w segmencie B i C. Dlaczego w cudzysłowach? Jeśli do samochodu możecie dziś dokupić nawigację za 2000 – 3000 zł to jej możliwości są zbliżone do produktu wolnostojącego sprzed dwóch-trzech lat i koszcie zakupu na poziomie 300 – 400zł.

W każdym segmencie mamy zatem do czynienia z sytuacją, że kupujemy pojazd z systemem multimedialnym, który w dniu sprzedaży (przyjmując cykl życia wersji pojazdu 3 lata) jest przestarzały o od 2 do 5 lat w stosunku do najnowszych technologii. Przypomnijcie sobie teraz jak wyglądał wasz smartfon 5 lat temu? A może nawet go jeszcze nie mieliście i korzystaliście z poczciwej klawiszowej Nokii? Podobnie jest w motoryzacji, tylko koszt wymiany smartfonu a koszt wymiany pojazdu różnią się zwykle o przynajmniej dwa rzędy wielkości.

A gdyby tak podzielić na moduły?

To oczywiście mało popularne rozwiązanie dla producenta. W końcu nie byłoby czym się wykazać przy liftingu albo wprowadzeniu nowego modelu na rynek. Nie byłoby też chętnych na szybszą zmianę pojazdu. I życie toczy się dalej. Chcesz mieć lepsze radio? Idziesz do salonu car audio, kupujesz coś co wchodzi w slot DIN1 lub DIN2, dopasowujesz ramkę i… za każdym opuszczeniem pojazdu taszczysz panel albo trzęsiesz się o wybite szyby.

Dziś 95% funkcji to software. Wystarczyłoby, aby producent zapewnił dotykowy ekran ze wspólnym interfejsem (takie są – choćby LVDS + panel dotykowy na USB od Synapticsa, N-Triga, Wacoma, ALPSa czy innego dostawcy), kilka mechanicznych przycisków (głośność, stacja/ścieżka, on/off, przyciski obsługi telefonu). Całą resztę można byłoby umieścić znacznie dalej – tak by owszem, elementy te były wymienne, ale włamywanie się do pojazdu tylko dla ich wyjęcia było nieopłacalne, albo nie przynosiło użytkownikowi szeregu szkód.

Taki użytkownik mógłby np. po 3 latach wymienić zaplecze swojego systemu multimedialnego na nowsze, oparte na szybszych procesorach, z lepszym, nowocześniejszym oprogramowaniem.

To nie są rzeczy nie do przeskoczenia, nie podniosłyby też znacząco kosztów produkcji, a rozmiary tego typu interfejsów, nawet wykonanych w klasie automotive czy industrial nie zabiłyby ceny pojazdu.

Tylko jak nie wiadomo o co chodzi...

Komentarze