Dell PowerEdge 500SC - Odcinek 1

vintage retro 2018-10-28, 21:10,

Serwery PowerEdge 500SC to oferowane w 2002 roku rozwiązania serwerowe, ale zamknięte w obudowie i cenie klasycznych stacji roboczych typu desktop. Postanowiłem sprawdzić czy serwer, który zamawiałem ponad szesnaście lat temu jeszcze działa, oraz co dziś można na nim uruchomić. O ile pamiętam to jego ostatnie uruchomienie miało miejsce w okolicach 2008 roku, jest zatem bardzo duża szansa, że przez ostatnie 10 lat nikt do niego nie zaglądał, a czas ten spędził w lepszych lub gorszych warunkach magazynowych.

Całą serię postanowiłem podzielić na kilka części. W pierwszej zajmę się oczyszczeniem obudowy, wnętrzna i poszczególnych elementów oraz sprawdzeniem czy urządzenie nadaje się do bezpiecznego podłączenia do prądu. Kolejne, w zależności od tego co spotka mnie po drodze będą dotyczyły uruchomienia oprogramowania oraz poszczególnych składników serwera.

Obudowa jak widać oberwała czymś białym, trudno powiedzieć czy są to rysy czy farba, czy jeszcze coś innego. Zewnętrzna część obudowy wykonana jest z tworzywa, więc po usunięciu wszystkiego ze środka powinno dać się coś z tym zrobić.

Na początek poszedł przedni panel. Modułowa konstrukcja tego serwera oznacza, że przy użyciu maksymalnie jednej śrubki i dwóch klipsów można usunąć większość elementów. Wnętrze panelu kryje w sobie naklejkę z datą produkcji - 25 maja 2002 roku. Polska nie była jeszcze w Unii Europejskiej, a sam serwer sprowadzony został z irlandzkiej fabryki Della.

Po wydobyciu klatki z napędami przyszedł czas na wyjmowanie jednego po drugim. W pierwszej kolejności napęd taśmowy Travan NS20 produkcji Seagate. Współpracował on z narzędziem archiwizacyjnym wbudowanym w Windows NT 4.

Oferował pojemność 10GB (i do 20GB z kompresją). Nie była to może zawrotna prędkość ani pojemność, jednak płyta CD oferowała wtedy 650 MB, a nagrywarki i płyty DVD+RW pojawiły się parę lat później.

Dwa dyski IDE o pojemności 120 GB i prędkości obrotowej 7200 rpm. Dysk ten w 2001 roku był rekordzistą pojemności w kategorii dysków 7200 rpm. Na każdym z trzech talerzy mieści się 40 GB danych.

A gdzie można spodziewać się najwięcej 16-letniego kurzu? Oczywiście w zasilaczu. Jest to zasilacz typu ATX o mocy 250W. Po usunięciu 3 śrubek i jednego klipsa uwolniłem zasilacz. Jego wnętrza broniły kolejne cztery śrubki, po odkręceniu których wystarczyło wysunąć zasilacz z wnętrza pokrywy, by ujrzeć grube warstwy kurzu.

Obok usuwania samego kurzu głównym powodem otwierania go było oczywiście sprawdzenie czy jakiś kondensator nie postanowił się rozpłynąć. Szczęśliwie wszystkie wyglądają dobrze, nie są napuchnięte, a producent zdecydował się na użycie części o maksymalnej temperaturze pracy 105 stopni Celsjusza.

Po usunięciu wszystkich elementów z wnętrza obudowy przyszedł czas na płytę główną. Pierwsze co rzuca się w oczy, to oczywiście dwa zielone sloty kart rozszerzeń. Są to złącza PCI-X (PCI eXtended). Oferują one tryby pracy 32 i 64-bit, a w trybie 64-bit prędkości 33/66 MHz. Są to sloty o napięciu zasilania 3.3V (o czym świadczy klucz w przedniej części slotu). Białe sloty to klasyczne PCI 33 MHz 3.3/5V.

Płyta oparta jest o chipset Intel Serverworks ServerSet3, wyposażona w gniazdo procesora Socket370. W czterech bankach pamięci mogło znaleźć się maksymalnie 2 GB pamięci RAM (4x512 MB) typu SDRAM PC133 ECC. Chociaż sam układ przewidywał obsługę magistrali AGP w płycie serwerowej nie znalazło się na nią miejsce, prawdopodobnie ze względu na wbudowany układ graficzny ATI Rage XL (będący okrojoną z 3D wersją ATI Rage Pro).

16-letnia płyta główna to także bateria w tym samym wieku. A te lubią się czasem rozlać i siać nieodwracalne zniszczenie na płycie. Na szczęście nie jest to tak powszechne zjawisko jak za czasów akumulatorków niklowo-kadmowych, ale nie ma co ryzykować. Bateria wyleciała z płyty w pierwszej kolejności, a jej miejsce zajęła nowa pastylka. Co ciekawe stara bateria dalej pokazywała na multimetrze napięcie 3V.

Po usunięciu starej baterii przyszedł czas na odkurzenie płyty. Pędzelek, opaska antystatyczna i wyciąg powietrza na początek. Gdy pierwszy kurz został wyssany przez odkurzacz zająłem się dokładniejszym wyczyszczeniem płyty. Szczoteczka do zębów, mniejszy pędzelek oraz izopropyl (taki 99% alkohol bez zawartości wody) i centymetr po centymetrze, złącze po złączu z płyty znikały kolejne warstwy zabrudzeń. Po włożeniu nowej baterii mogłem przystąpić do ponownej instalacji radiatora.

Standardowo producenci nanosili wtedy cieniutką warstwę pasty termoprzewodzącej na radiator. Miala ona jedną wadę - była jednorazowa, a po tylu latach... uległa dezintegracji. Wyczyściłem przy użyciu patyczków higienicznych powierzchnię procesora oraz spód radiatora. Na tak odtłuszczoną powierzchnię naniosłem odrobinę pasty Arctic MX-4. Przy tych temperaturach to pewnie nie miało większego znaczenia jakiej pasty, dla mnie ważne było, by nie przewodziła prądu, co mogłoby stanowić duże zagrożenie dla reszty komponentów.

Nałożona ilość wystarczyła, by po dociśnięciu radiatora pasta rozeszła sie równomiernie po powierzchni całego procesora. Samo nakładanie radiatora w markowych komputerach zwykle nie nastręcza problemów. Kto pamięta ostre metalowe klipsy radiatorków z giełdy komputerowej może teraz westchnąć, że producenci potrafili to jednak rozwiązać znacznie lepiej.

Gdy przedni panel oraz plastiki zażywały kąpieli w wodzie z mydłem mogłem zająć się odkurzaniem wnętrza obudowy. Tutaj także połączenie odkurzacza (pracującego z minimalną mocą) oraz pędzelka pozwoliły usunąć większość grubszych zanieczyszczeń. Z resztą pomogły rozprawić się ręczniki papierowe oraz pędzelek nasączone w płynie do mycia okien.

Pozostała jeszcze kwestia bocznego panelu obudowy. Białe rysy, które widać na tytułowym zdjęciu były czymś na kształt fabry, kredy czy lakieru. W każdym razie czegoś co skutecznie osadziło się na plastiku. Nie chciało zejść po dobroci, więc konieczne było sięgnięcie po nieco ostrzejsze środki w postaci sody oczyszczonej z niewielką ilością wody. Kombinacja taka działa jak bardzo delikatna pasta polerska. Nie usunęła wszystkiego (skończyłoby się to zniszczeniem faktury plastiku), ale zdecydowaną większość tych rys udało się usunąć.

Po zmontowaniu wszystkiego ponownie (nie została żadna śrubka!) przyszedł czas na pierwsze uruchomienie. Na początku oczywiście ostrzeżenie o całkowitym rozprogramowaniu BIOSu i konieczności przywrócenia ustawień domyślnych. Jednak po ustawieniu zegarka, stacji dyskietek, dysków, priorytetów urządzeń itp. udało się dotrzeć do ekranu startowego.

I w tym miejscu należy postawić kropkę pierwszej części... w następnej trzeba będzie zająć się naprawą stacji dyskietek, która chociaż widoczna jest przez system i próbuje ruszać głowicą, to zdaje sie nie kręci głównym silnikiem, a tym samym nie ma możliwości wystartowania żadnego systemu operacyjnego na tej maszynie.

Komentarze